Zapłonął znowu — i oto pod ścianę (...)
I znów widzę, acz dymem oślepian,
Jak przez ganku kolumny
Sprzęt podobny do trumny
Wydźwigają…"
Płomienie. Czerwień ognia. Pierwsza myśl- jestem w piekle za
swoje grzechy. Dopiero gdy otworzyłam szerzej oczy, dotarło do mnie że to nie
sen. A mój dywan tli się pomarańczowo-niebieskim płomieniem.
- Alek- potrząsnęłam nim. Szybko otworzył oczy, przerażony
moim krzykiem. Bez namysłu wskoczył w ubrania, naciągnął kaptur bluzy na głowę
i wziął mnie na ręce.
- Nie. Ja sobie dam radę. Ratuj Halszkę- krzyknęłam i
zasłoniłam usta, chroniąc je przed wszechobecnym już dymem.
„ W kamienicy w samym centrum Rzeszowa wybuchł w nocy pożar.
Przyczynę ustala prokuratura. Pewne jest, że nie wywołał go nikt z zewnątrz.
Prawie wszyscy mieszkańcy nie odnieśli obrażeń”.
Prawie.
Co człowiek robi w obliczu śmierci? Co ratuje? Udało mi się
chwycić telefon, portfel i szary płaszcz z najcenniejszą zawartością.
Załzawione oczy odnajdywały drogę w ciemności dymu. Torowałam drogę Alkowi
niosącemu płaczącą Halszkę. Nie zważałam na palące moje buty płomienie. Nie
widziałam świateł straży pożarnej. Nie słyszałam panikujących ludzi. Szłam
przed siebie. Nagle stanęłam jak wryta.
- Pani Bogusia. Alek, na miłość boską, ona tam została!-
jęknęłam przerażona, łapiąc się za głowę. Nic nie odpowiedział. Oddał mi
dziecko do rąk i pobiegł, potrącając po drodze wszystkich strażaków. Nawet nie
usłyszał gdy wołałam za nim słabym głosem: „Kocham cię, Alek”.
„ Starsza kobieta zatruta dymem trafiła na OIOM. Mężczyzna
który bohatersko wyniósł ją z płonącego domu, został przewieziony na oddział
traumatologiczny. Jego stan jest niepewny.”
Niepewny.
Młoda stażystka opatrywała mi stopy i drobne oparzenia rąk.
Zaglądała do gardła, świeciła po oczach latarką. Zadawała tysiące pytań, udzielając
miliona pouczeń. Czułam się jak w jakimś chorym koszmarze. Płacz mojego dziecka
wyrywał mnie na chwilę z tego otępienia. Halszce nie podobało się, że jakaś
starsza pani doktor wkłada jej termometr do buzi, ogląda ciałko i smaruje
dziwnymi kremami. Dlatego zaśpiewałam. Jednym głosem „wlazł kotek”. A ona dalej
płakała, domagając się drugiego głosu ukochanej kołysanki.
„ Bohaterem okazał się sławny siatkarz, kapitan Asseco
Resovii Rzeszów Olieg Achrem. Przebywa pod stałą opieką medyczną, jego stan jest
krytyczny”.
Krytyczny.
Krytyczny.
Cały zawinięty w śnieżnobiałe bandaże. Nieprzytomny. Mój
Alek. Mój bohater. Moja miłość. Już nie miałam łez, którymi mogłabym sobie
ulżyć. Wszystkie wylałam poprzedniej nocy. Nie zmrużyłam oka od 24 godzin,
wciąż wpatrzona w uśpioną twarz ukochanego. Poparzenia trzeciego stopnia.
Rozległe. Jeśli z tego wyjdzie, i tak będzie kaleką. Ale to nie było ważne.
Musiał się obudzić. Jeszcze nie zdążyłam mu okazać, jak bardzo go kocham. Jak
bardzo go potrzebuję. Jak Halszka go potrzebuje…
Sięgnęłam do kieszeni płaszcza. A ona nadal tam była.
Koperta z wynikiem testu na ojcostwo. Zgrubiałymi, drżącymi palcami otworzyłam śliski
papier. Kartka wypadła mi z rąk i zemdlałam.
~*~
Przyśpieszam publikację. Ostatni dodam w poniedziałek.
Cieszę się z jednej rzeczy- że napisałam tę historię od początku do końca, bo inaczej zmieniłabym to wszystko. Ale z drugiej strony, chyba już dostatecznie mnie poznałyście i wiecie że nie lubię oklepanych tematów.
Ziomku- teraz rozumiesz dlaczego Ed?
Całuję, S.
